PAP: Z jakim przesłaniem jedzie Pan na uroczystości 60. rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau?

Prezydent RP: O Oświęcimiu zawsze w Polsce pamiętaliśmy, nasze przesłanie zawsze brzmiało "Nigdy więcej!". Pamięć o Oświęcimiu powodowała, że współcześni, ci którzy żyją, decydują, działają, nigdy nie zapomną o tej największej zbrodni, która się tam dokonała.

PAP: Czy w ramach tej edukacji będzie Pan podkreślał, że nie było "polskich obozów koncentracyjnych"?

Prezydent RP: Bardzo dobrze, że mówił o tym profesor Bronisław Geremek na specjalnej sesji ONZ jako przedstawiciel Rzeczpospolitej. Mówił o tym minister spraw zagranicznych Adam Rotfeld. Mam nadzieję, że do sprzeciwu wobec takiego kłamstwa włączą się organizacje pozarządowe i dziennikarskie.

PAP: Według Pana tylko niewiedza przyczynia się do takiego postrzegania hitlerowskich obozów koncentracyjnych na terenie Polski?

Prezydent RP: Odpowiem na to dyplomatycznie: chciałbym wierzyć, że tak jest. Nie chcę dopuścić myśli, że są na świecie cyniczni politycy i media, którzy znając prawdziwą historię chcą ją zmienić, zamazać, zafałszować, zakłamać.

PAP - W 60 lat od zakończenia wojny w Niemczech coraz głośniejsze stają się skrajnie prawicowe środowiska, które mają "dość przepraszania". Neonaziści w parlamencie saksońskim odmówili uczczenia minutą ciszy ofiar nazizmu i domagali się oddania hołdu niemieckim ofiarom alianckich nalotów.

Prezydent RP: - Rok 2005 - przypomnienie Auschwitz, klęski Hitlera, końca II wojny światowej, przypomnienie wszystkich ofiar tamtego okresu - jest szansą, żeby upomnieć się o pamięć historyczną i zmarginalizować środowiska, które chciałyby o tym zapomnieć.

PAP: Czy nominacja Julii Tymoszenko na pełniącą obowiązki premiera Ukrainy była dla Pana zaskoczeniem? Czy wiedział pan, że to ona zostanie szefem nowego ukraińskiego rządu?

Prezydent RP: W niedzielę w Kijowie rozmawialiśmy o czterech różnych osobach. Ale byłem też informowany, że determinacja pani Tymoszenko była bardzo wielka, więc nie byłem zaskoczony.

PAP: Czym - Pana zdaniem - prezydent Juszczenko kierował się podejmując tę decyzję?

Prezydent RP: Po pierwsze rolą, którą pani Julia Tymoszenko odegrała w czasie "pomarańczowej rewolucji", jej wielką popularnością społeczną, porównywalną z popularnością samego Juszczenki. Na pewno także doświadczeniem rządowym, bo przecież nie będzie debiutantką w rządzie - była wicepremierem.

PAP: A jakie będą konsekwencje jej nominacji dla stosunków rosyjsko-ukraińskich?

Prezydent RP: Uważam, że wszyscy z tym przesadzają. Stosunki ukraińsko-rosyjskie naprawdę nie zależą od personaliów. One zależą od całej infrastruktury, która już istnieje, od interesów, od historii, tradycji, związków kulturowych, językowych. Tego się nie da zmienić ani przerwać. Jedno jest pewne, że duet Juszczenko-Tymoszenko oznacza - i z tym wszyscy muszą się liczyć - że polityka ukraińska będzie polityką suwerenną.

PAP: Czy Pana zdaniem, Juszczenko chciał coś zamanifestować ogłaszając nominację dla Tymoszenko w poniedziałekm, w dniu swojej wizyty w Moskwie?

Prezydent RP: Zapewne prezydent Juszczenko chciał ogłosić nominację przed wyjazdem do Moskwy, żeby nie było jakichkolwiek wątpliwości, że nominacje są związane z międzynarodowymi konsultacjami. To też kwestia czasu, bo Ukraina od wielu tygodni żyje w stanie swoistej próżni politycznej. Zadaniem dla pani Julii jest teraz rozmowa z frakcjami w parlamencie i szukanie porozumienia.

PAP: Czy Pan dał konkretne rady Juszczence na najbliższe dni, tygodnie, bo "pomarańczowa rewolucja" rozbudziła nadzieje Ukraińców na szybkie zmiany?

Prezydent RP: To, moim zdaniem, największy problem. Powiedziałem mu: święto jest skończone, koniec fiesty, zaczyna się ciężka praca. Oczekiwania zostały nadzwyczajnie rozbudzone i to będzie jeden z głównych problemów rządu a także prezydenta Juszczenki, żeby im sprostać. Również głos Juszczenki na Majdanie zawierał bardzo wiele obietnic, momentami obawiałem się, że może za dużo, szczególnie ekonomicznych. Teraz trzeba to przełożyć na konkretną działalność.

PAP: A jaka jest szansa, że będą grać zespołowo?

Prezydent RP: Wiktor Juszczenko jest przygotowany do gry zespołowej. On jest z natury człowiekiem centrum, on może łączyć. Natomiast jakie namiętności będą miały miejsce, jaka będzie odporność na sukcesy, a jaka na porażki, tego nie wiem.

PAP: Czy dobra atmosfera w stosunkach ukraińsko-polskich oznacza, że jest nadzieja na przełom w sprawie otwarcia Cmentarza Orląt we Lwowie?

Prezydent RP: Pozostawmy odpowiedź na to ważne dla Polaków pytanie samym Ukraińcom. Przebieg wydarzeń wyraźnie wskazuje, że kamyczek znajduje się nie w naszym ogródku. Klimat w Kijowie, ale też myślę, że w ogromnej części Ukrainy jest wobec Polski nadzwyczaj przychylny. W tym klimacie, uważam, jest większa szansa, żeby porzucić to dziwaczne poprawianie historii. Ta przecież jest, choć może niekiedy przykra, ale tylko taka, jakie były fakty.

PAP: Czy popiera Pan pomysł organizacji wspólnie z Ukrainą finałów Mistrzostw Europy w 2012 r.?

Prezydent RP: Jestem człowiekiem sportu i od dawna uważam, że Polska powinna starać się o organizowanie dużych, międzynarodowych imprez.

PAP: Kiedy w Polsce powinny odbyć się wybory parlamentarne?

Prezydent RP: Decyzję o skróceniu kadencji może podjąć Sejm większością 2/3 posłów. Jeśli posłowie taką decyzję podejmą, wybory będą wcześniej; jeśli nie - będą w terminie konstytucyjnym, czyli pomiędzy końcem września i połową października.

PAP: Czy należy połączyć wybory prezydenckie z parlamentarnymi?

Prezydent RP: Jestem zdecydowanym przeciwnikiem takiej koncepcji. Uważam, że są konstytucyjne wątpliwości, czy można te wybory łączyć. To by oznaczało, że w istocie wybory prezydenckie ograniczają się do głosowania nad liderami poszczególnych partii.

PAP: Czyli opowiada się Pan za terminem jesiennym wyborów do Sejmu i Senatu?

Prezydent RP: Nie za jesienią. Jeżeli będzie decyzja, że mają być w czerwcu - będą w czerwcu. Dyskusja - czy lepszą datą jest dajmy na to 19 czerwca, czy 19 września - sprowadza się do tego, czy chcemy mieć kampanię wyborczą przed wakacjami, czy w czasie wakacji.

PAP: Co ze spełnieniem obietnic lewicy, że wybory powinny odbywać się wiosną? Premier Marek Belka też mówił, że ma "kontrakt" do wiosny.

Prezydent RP: Premier Belka ma ten sam problem co ja. To wszystko zostało powiedziane, ale decyzja leży nie w naszych rękach. Jedno jest pewne: dla wcześniejszego rozwiązania parlamentu nie można korzystać z procedury podawania się rządu do dymisji.

PAP: Jak liderzy SLD podczas spotkania z Panem argumentowali, że wybory powinny odbyć się jesienią?

Prezydent RP: Po pierwsze w Sojuszu już wcześniej nie było pełnego poparcia dla wiosennego terminu wyborów. To raczej była koncepcja liderów, a nie szeregowych członków Sojuszu. Wraz z kryzysem, który niewątpliwie w SLD ma miejsce, sytuacja liderów tej partii jest trudniejsza. Tam jest więcej ludzi, którzy stwierdzają: "niech sobie liderzy mówią, co chcą, a my będziemy robić co chcemy". To jest typowe dla partii w takim trudnym momencie.

PAP: A jak przez te kilka miesięcy SLD może doprowadzić do tego, aby "wyroku w ogóle nie wykonano"? Czy lewica cokolwiek może zrobić, żeby te wybory nie były dla niej totalną porażką?

Prezydent RP: Jeśli lewica potrafi porozumieć się i współdziałać, to jej wynik wyborczy nie musi wyglądać źle. Elektorat lewicy istnieje. Lewica jest potrzebna wielu wyborcom do obrony ich praw czy interesów. Ale jeżeli ten elektorat będzie miał za dużo list wyborczych, albo podda się frustracji - może zostać w domach.

PAP: Ale liderzy SLD staja murem za kolegami, np. w sprawie Starachowic.

Prezydent RP: Z zasady nie komentuję wyroków sądów i tego też nie będę komentował w żaden sposób. Niewątpliwie ta sprawa będzie miała swój dalszy ciąg, apelację itd. Ale w tym czasie będą się toczyć prace nad tworzeniem list wyborczych. To pytanie do liderów SLD, w jaki sposób będą je budowali, na kogo postawią, jaki sygnał przekażą opinii publicznej. Przecież nie można oskarżać SLD o to że doprowadziło do upadku gospodarczego - bo nie doprowadziło, ani że spowodowało dramatyczny wzrost inflacji - bo nie, albo że nie potrafi załatwić dopłat dla rolników - bo potrafiło. Najczęściej zawiedli ludzie.

PAP: Czy jest szansa i czy ma sens tworzenie wspólnej listy lewicy?

Prezydent RP: Szanse są małe. Sens takiego działania jest jednak bardzo duży, ponieważ istnieje coś takiego jak sojusz wyborców. Ludzie potrzebują czytelnych sygnałów i sygnały dotyczące współdziałania, jedności są odbierane pozytywnie. Sens by miało, ale czy jest możliwe? Mało możliwe. Sprawy poszły za daleko, podziały moim zdaniem, poszły za daleko. Każda z partii ma z jednej strony swoje ambicje, a za drugiej - bardzo wielkie trudności. Mówię i o SLD, i o SdPl, i o Unii Lewicy. Ale nadziei tracić nie wolno.

PAP: Czy możliwe jest powstanie jeszcze przed wyborami nowego, centrolewicowego ugrupowania. Mówi się, że Pan mógłby być jego patronem?

Prezydent RP: Nie wiem, czy to jest możliwe, ale rozumiem, że są rozmowy - ja w nich nie uczestniczę. Na razie jest wiele skradania się, opinii wstępnych. Dzień, w którym będzie wiadomo, kiedy są wybory, może zwiększy skłonność do pewnych działań. Każdy będzie musiał spojrzeć w lustro i odpowiedzieć czy ma szanse, czy nie. Jeżeli ktoś jest na pograniczu 5 proc. to jest pytanie, czy chce zaistnieć dla istnienia, czy chce jakąś rolę publiczną odgrywać.

PAP: Jak Pan ocenia pomysł odtajnienia materiałów IPN i ujawnienia nazwisk pracowników i współpracowników specłużb PRL?

Prezydent RP: Uważam, że jest całkowicie nieodpowiedzialny. Tworzyliśmy IPN - przy dużych zresztą protestach - jako instytucję, która miała przejąć teczki z miejsc, gdzie mogły być manipulowane politycznie czyli z MSW, stworzyć odpowiednią kontrolę i je udostępniać. Chodziło o to, żeby odbywało się to w sposób jak najbardziej cywilizowany, racjonalny, taki, który nie będzie mógł być politycznie nadużywany.

PAP: Kiedy stanie Pan przed komisją ds. PKN Orlen?

Prezydent RP: W marcu.

PAP: Dziękujemy za rozmowę.